Warszawska Pielgrzymka Rowerowa - logo

Witamy na stronie Warszawskiej Pielgrzymki Rowerowej

grupy żółto-niebieskiej Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej

<!– Pomorze (ok. 230 km) 25 – 29 maja 2016 Szczegółowy Plan (PDF)
Hel – Jastarnia – Władysławowo – Swarzewo – Puck – Wejherowo – Dębki – Łeba – Rowy – Ustka – Słupsk –>

Pielgrzymka Pomorze – Bóg nam pomoże!

I pomógł. Przynajmniej mnie. I to jeszcze zanim Pielgrzymka się zaczęła, ponieważ pomógł mi dotrzeć na miejsce zbiórki, choć było to ryzykowne, i to bardzo! Aby dojechać na Hel, pociągiem razem z rowerem i bagażem, musiałem przesiąść się w Gdyni, mając według rozkładu jazdy 4 minuty (cztery!) na przesiadkę pomiędzy nieskomunikowanymi pociągami. Należało jeszcze „tylko” przebiec z peronu dworca podmiejskiego, dokąd przyjechałem, na dworzec dalekobieżny, odnaleźć właściwy peron, skąd odjeżdżał szynobus na Hel, wtaszczyć rower i bagaż po schodach, potem dobiec i załadować… Cztery minuty to dużo, czy mało? Otóż właśnie z Bożą pomocą – to tyle co trzeba!

A potem to już Boża pomoc nas nie opuszczała na całej trasie, choć może nie zawsze jako pielgrzymi byliśmy tego świadomi. Ale po kolei (skoro o kolei już było…).

I dzień (czwartek, 26.05.2016 r.), 63 km.

Rozpoczęcie Pielgrzymki Pomorze zostało zaplanowane na Święto Bożego Ciała. Zwykle bywa to ciepły, a czasami wręcz upalny dzień. Tymczasem Hel powitał nas chłodnawo, żeby nie powiedzieć – wręcz ozięble. Po nieprzespanej nocy większość z nas dodatkowo mocno odczuła przejmującą morską bryzę i ratowała się polarami i kurtkami. O godz. 9:30 wzięliśmy udział w uroczystej Mszy św., i to odpustowej, ponieważ tego dnia przypada na Helu święto parafialne. Potem uczestniczyliśmy w procesji, z której w połowie wymknęliśmy się, aby móc zrealizować zaplanowaną na ten dzień trasę.

Po przebraniu się w stroje sportowo-turystyczne ochoczo ruszyliśmy na szlak: na czele nasz pielgrzymkowy Mojżesz – Andrzej, a za nim około pięćdziesiątki cyklistów – pielgrzymów, nad którymi czuwali nasi niestrudzeni przewodnicy w pomarańczowych kamizelkach. Helska ścieżka rowerowa, najpierw żwirówka, wiodła leśnymi zakrętasami po wydmowych góreczkach, które nieźle nas rozgrzały. Potem to już raczej była kostka, i to po równym, a że zrobiło się cieplej, to aż przyjemnie było odpocząć na molo w Jastarni. Gdy dotarliśmy do Kuźnicy, uraczyliśmy się najróżniejszymi pysznymi rybkami i nie tylko, serwowanymi w miejscowej smażalni nad samą Zatoką. Raźno przemierzyliśmy pozostałą część Półwyspu, podziwiając rozległe widoki na Zatokę Pucką. Po odpoczynku przy wiacie na skraju Władysławowa, dojechaliśmy do Swarzewa, do kościoła pw. Narodzenia NMP, który jest sanktuarium maryjnym Królowej Polskiego Morza. A stamtąd to już było niedaleko do puckiej fary na górce i do pomnika gen. Hallera, przy którym zrobiliśmy sobie zdjęcie.

Dalsza trasa do Wejherowa wiodła najpierw asfaltowymi drogami przez osiedla i pola, a potem przez wspaniały las, którym mknęliśmy, ciesząc się ze wspólnej jazdy i z możliwości porozmawiania ze sobą. To są właśnie takie chwile na pielgrzymkach, kiedy to czas dla bliźniego owocuje wzajemnym poznaniem się i ubogaceniem, o czym świadczył rozgadany i rozciągnięty kilometrami nasz pielgrzymi peleton. Pięknie to widać na filmie zrobionym przez Wojtka.

Na koniec tego etapu był jeszcze długi przyjemny zjazd do Wejherowa. Tam mieliśmy zarezerwowany nocleg w domkach kampingowych Harcerskiej Bazy Obozowej „Cedron”.

II dzień (piątek, 27.05.2016 r.), 60 km.

Od rana do południa byliśmy w Wejherowie, które chcieliśmy dokładnie zwiedzić, bo to przecież jedno z najważniejszych miast na Kaszubach. Rozpoczęliśmy Mszą św., a potem zostaliśmy oprowadzeni po miejscowym Sanktuarium Pasyjno-Maryjnym i po jego podziemiach, słuchając historii o przodkach, którzy na chwałę Bożą i w obronie wiary nie szczędzili swego zapału i trudu. Z panią przewodnik zwiedzaliśmy także ratusz wejherowski i rynek ze statuą założyciela miasta, Jakuba Wejhera, który wyglądał na cokole jak bohater „Gwiezdnych Wojen”. Potem jeszcze poszliśmy do parku, gdzie atrakcją dla nas była postać siedzącego na ławeczce Kaszëby, jak nazwano pomnik kaszubskiego akordeonisty. Po naciśnięciu guzika na jego akordeonie można było posłuchać „Kaszubskie nuty”, czyli wyśpiewany alfabet po kaszubsku.

Na sam koniec zwiedzania Wejherowa pozostała nam Kaszubska Jerozolima, czyli rozlokowana na okolicznych stromych pagórkach Kalwaria – jedna z najsłynniejszych w Polsce. Niestety, już wyraźnie brakowało nam czasu, dlatego obejrzeliśmy zaledwie parę kapliczek. Na pewno trzeba będzie jeszcze tam wrócić, pamiętając o przestrodze pani przewodnik, że w czasie odpustów i świąt do Kalwarii Wejherowskiej ściągają tłumy.

Czas było ruszać w drogę, bo właściwie to od rana jeszcze nic nie przejechaliśmy. Dlatego zaczęliśmy gnać co tchu, aby zrealizować zaplanowany program. Śpiesząc się minęliśmy Wielką Piaśnicę – miejsce największego na Pomorzu męczeństwa kilkunastu tysięcy Polaków. Mknęliśmy po asfalcie bez zatrzymania, skoro dobrze się jechało i mieliśmy zdążyć na zamówiony obiad. Panie Boże, daj wieczny pokój tym pomordowanym, a nam nie pozwól, abyśmy zobojętnieli na ich ofiarę.

Jadąc wzdłuż brzegu Jeziora Żarnowieckiego mogliśmy podziwiać malowniczość kaszubskiego krajobrazu. W oddali zamajaczyły ruiny niedoszłej elektrowni jądrowej. Podążaliśmy do kościoła w Żarnowcu, aż wreszcie z daleka ujrzeliśmy jego gotycką sylwetę na wzgórzu. Szybkie tempo dotychczasowej jazdy sprawiło, że końcowy podjazd pod górę okazał się niemal morderczy, dlatego z ogromną ulgą wylądowaliśmy na okalającym świątynię… miejscu wiecznego spoczynku. Owszem, byliśmy nieźle zmęczeni, ale nie aż tak, żeby się kwalifikować do pozostania tam na stałe. A właśnie czekało nas ciekawe spotkanie z księdzem proboszczem, który nie tylko opowiedział nam o tej szczególnej cysterskiej świątyni z XIII w., ale również nakreślił barwny obraz miejscowej społeczności. Warto było posłuchać. Myślę, że dzięki temu Pan Bóg dyskretnie pomógł nam spostrzec, że pielgrzymujemy po odrębnym regionie Polski, którego mieszkańcy mają i swoją dumę, i swój charakter. Wątek ten był kontynuowany jeszcze dnia następnego, kiedy to inny z kolei proboszcz zabawnie opowiadał nam o swoich perypetiach duszpasterskich, ale o tym później, bo znowu zaczęliśmy się śpieszyć, tym razem na obiad. Nie dojeżdżając do Krokowej, którą mieliśmy zwiedzać, a czego jednak nie zrealizowaliśmy, dotarliśmy do przydrożnego zajazdu na posiłek. A po jedzeniu ruszyliśmy pędem w dalszą drogę – ku morzu!

Gdy już dojeżdżaliśmy do Dębków (Dębek?), z peletonu zaczęły się nawoływania: „My chcemy do wody!”, „A my chcemy na lody!” Plaża zaroiła się od pielgrzymów i niemal wszyscy ulegli urokowi polskiego Bałtyku. Spontanicznej radości nie było końca! I jak tu potem zebrać wszystkich i sprawić, żeby jednak chcieli jechać dalej, bo to jeszcze przecież kawał drogi… Nasz pielgrzymkowy Mojżesz nie miał pod tym względem lekko, zwłaszcza, że jak wiadomo – najtrudniejszym do opanowania jest żywioł ludzki… Bo co zrobić, gdy jedni wołają „Jedźmy!”, a drudzy –  „Czekajcie!”, gdy z jednej strony słychać – „Po co czekać?”, a z drugiej – „A po co tak gnać?” Innym przykładem trudności z dyscypliną może być to, że podczas Pielgrzymki Pomorze kilkukrotnie zdołaliśmy pobić rekord najliczniejszej piętnastoosobowej grupy rowerzystów jadących po szosie…

Końcowy etap tego wieczoru prowadził z Dębek (Dębków?) przyjemnymi nadmorskimi drogami przez Białogórę i Lubiatowo do Słajszewa. Piękna trasa, czy zdołaliśmy docenić jej urok? Wreszcie dotarliśmy na nocleg, do swojskiego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie już od dłuższego czasu czekano na nas z domową kolacją. Wiadomo, jak czuje się gospodyni, gdy umówieni goście znacznie spóźniają się na przygotowany dla nich posiłek. Dlatego po przybyciu pośpiesznie zasiedliśmy do stołu, podziwiając mnóstwo najróżniejszych dyplomów naszej gospodyni, które otrzymała za regionalne potrawy i nalewki własnej roboty. O tym, jak nam smakowało, zwyczajnie napisać się nie da, więc lepiej poświęcę jeszcze kilka słów temu, jak Pan Bóg pomógł mi zetknąć się z najstarszym uczestnikiem naszej Pielgrzymki.

Otóż tym razem zostałem zakwaterowany razem z bratem Adamem, o którym chcę teraz opowiedzieć. Z szacunku używałbym formy „pan Adam”, ale sam mnie zachęcił, żeby mówić mu po imieniu. Dlatego niech mi będzie wolno wspomnieć wprost o Adamie, który na Pielgrzymce dawał nam wszystkim świadectwo życzliwości i skromności. Na trasie imponował wytrwałością i spokojem. Swoim przykładem zachęcał do pogodnego pielgrzymowania, bez względu na okoliczności. A podczas rozmowy z Adamem okazało się, że jest rówieśnikiem mojego dawno już zmarłego Taty. Teraz wyobraziłem sobie, jaki mógłby być dziś… Dziękuję Ci za nich obu, Panie Boże!

III dzień (sobota, 28.05.2016 r.), 90 km.

 To był ten dzień. Najdłuższa trasa. Najtrudniejsza. A i tak została znacznie skrócona w stosunku do pierwotnego planu, ze względu na terenowy charakter tamtejszych dróg. To właśnie tego dnia obawiał się najbardziej nasz pielgrzymkowy Mojżesz. I nie dlatego, żeby się samemu nie nadwyrężyć– myślę, że najbardziej obawiał się… ludzkiego szemrania.

To był ten dzień. Tego dnia najbardziej odczułem Bożą pomoc dla nas. Tym bardziej, że trzy tygodnie przed naszą Pielgrzymką zrobiłem rowerowy rekonesans najtrudniejszej części tego etapu i miałem pełną świadomość jego uciążliwości. Podczas mojego objazdu trasy panował nieznośny upał i przez pewien dłuższy odcinek musiałem pchać rower po sypkim piachu. A jak będzie teraz? Panie Boże, dopomóż! Wcześniej jednak czekała na nas inna przeszkoda: 20 km przejazdu po bardzo ruchliwej drodze wojewódzkiej, niestety – bez pobocza. Można sobie wyobrazić co się dzieje, gdy po takiej szosie jedzie liczna grupa rowerzystów – tym bardziej, że ten dzień wypadał podczas tzw. długiego weekendu, czyli wtedy, gdy cała samochodowa Polska rusza przed siebie. Na przykład właśnie tamtą drogą wojewódzką, która umożliwia dojazd nad morze, dlatego prawie zawsze jest ona bardzo ruchliwa i łatwo wtedy o kolizje, bo wszyscy śpieszą się na plażę.

Rozpoczęliśmy ten dzień Mszą św. o godz. 7, w oddalonym o 3 km kościele pw. św. Piotra i Pawła w Ciekocinie. Potem wróciliśmy w gościnne progi gospodarstwa agroturystycznego w Słajszewie, gdzie dostaliśmy solidnie śniadanie i tak pokrzepieni ruszyliśmy drogę. Było pochmurno. Trasa wiodła lokalnymi asfaltami przez Sasino i Ulinię do Sarbska. A tam w kościele św. Anny, zbudowanym z polnych kamieni, a nie z cegły, jak większość, które widzieliśmy, czekał na nas miejscowy ksiądz proboszcz. Byliśmy z nim umówieni na spotkanie i miało ono swoisty charakter. Wyczuwało się, jak było ono ważne – zwłaszcza dla niego. W kościele wygłosił do nas nie tyle kazanie do pielgrzymów, co raczej starannie przygotowaną barwną opowieść dla przyjezdnych z Warszawy, którym chciał opowiedzieć o życiu wiejskiego proboszcza. Ksiądz podzielił się z nami swoimi wieloletnimi doświadczeniami, snując refleksje na temat pracy duszpasterskiej wśród miejscowej społeczności. Nie zabrakło również szczypty humoru, a także wspólnego śpiewania. Gdyby nie konieczność dalszej jazdy, spędzilibyśmy tam więcej czasu.

Jak tylko ruszyliśmy w dalszą drogę, zaczęło padać. Jadąc w deszczu, przez Charbrowo dotarliśmy do Wicka, skąd dopiero czekała nas dwudziestokilometrowa przeprawa tą ruchliwą drogą wojewódzką bez pobocza. Jeszcze tylko w miejscowym sklepie zaopatrzyliśmy się w napoje i co nieco pośpiesznie przekąsiliśmy, aby się wzmocnić i pokonać dokuczliwe zimno. A potem podzielni na grupy (wśród których były również owe rekordowe „najliczniejsze” piętnastki), prowadzeni przez naszych nieocenionych przewodników zabezpieczających ruch Pielgrzymki, wjechaliśmy na wojewódzką. Wtedy już nie padało – wtedy po prostu lało. Jechaliśmy więc w strugach deszczu, coraz bardziej tym zirytowani. Ale jechaliśmy wytrwale, po dobrym asfalcie i jak na takie warunki – to w miarę szybko. A co z tym spodziewanym weekendowym ruchem, który na takiej drodze stanowiłby ogromne niebezpieczeństwo i dla nas i dla innych? Otóż uzmysłowiłem sobie, że ruch był znikomy, a jak na tę szosę – to prawie żaden! Panie Boże, cud? Tak jak wody Morza Czerwonego zatrzymały atakujące rydwany, tak dzisiejsze lejące się z nieba wody zniechęciły tysiące plażowiczów i odwiodły ich od wyjazdu samochodami nad morze. Dzięki temu nasza Pielgrzymka bezpiecznie i sprawnie (choć nie „suchą nogą”) pokonała tę drogę. Jeśli biblijne porównanie jest w tym przypadku zbyt górnolotne, to proszę wybaczyć, jednak fakt jest taki, że w tej ulewie osiągnęliśmy Główczyce bez najmniejszej kolizji i sprawnie „przeskoczyliśmy” ten dwudziestokilometrowy odcinek w dobrym tempie. Dzięki Ci, Panie!

A w Główczycach, gdy ledwo zjechaliśmy z głównej szosy, deszcz ustał momentalnie i wyszło słońce. Zrobiło się ciepło. Mogliśmy odsapnąć, od razu wróciły humory. Rozłożyliśmy się u stóp neogotyckiego kościoła św. Piotra i Pawła na dużym wzniesieniu. Ze względu na swoje górujące nad miejscowością położenie, jak i na okazałość samego kościoła, jego wysoką wieżę można zobaczyć z bardzo daleka. Ale tym razem nie było zwiedzania, bo niebawem czekał nas ten najtrudniejszy terenowy odcinek, bez asfaltu, tylko przez pola i las. Wiedzie tamtędy Pomorska Droga św. Jakuba do Santiago de Compostela, a także międzynarodowy szlak rowerowy R-10. Część tej trasy prowadzi urokliwą starą lipową aleją, wśród rozfalowanych krajobrazów Pomorza. Pięknie, malowniczo, kojąco. Jednak cóż z tego, skoro dalej czyhają tam te „straszne” piachy i brak asfaltu, co według niektórych całkowicie dyskwalifikuje taką trasę. Jak sobie z tym poradzimy? Ruszyliśmy i okazało się, że na tych polnych drogach – powoli, powoli – dawaliśmy radę. W duchu żartowałem, że nazwa tego szlaku rowerowego „R‑10” oznacza to, z jaką prędkością da się tamtędy przejechać na rowerze. A tymczasem przepiękna pogoda pozwała nam delektować się spokojem okolicy, ucieszyć się rozkwitającą wiosną, odetchnąć rześkim powietrzem. Jak dla mnie – było cudownie!

Nieśpiesznie dojechaliśmy do maleńkiej, zagubionej wśród pagórków miejscowości o nazwie Równo. Wydało mi się to zabawne, bo w okolicy jechaliśmy albo trochę z górki, albo trochę pod górkę, ale nigdzie nie było równo. Zwróciłem też uwagę na pobliski znak drogowy, na którym widniało: „Równo 1”. Odczytałem to jako dążenie do jak najdokładniejszego określenia odległości do wsi: że nie jest to żadne „prawie” lub „około” – tylko właśnie „równo jeden”. Ale już dosyć tych dygresji, bo nasza Pielgrzymka właśnie zagłębiała się w las, w którym czekała nas najtrudniejsza przeprawa: owa piaszczysta droga, zmora rowerzystów. Podjęliśmy wyzwanie: jechaliśmy i jechaliśmy, i o dziwo – w większości, choć z trudem, dawaliśmy radę pedałować. Ulewa, która tak dopiekła nam na szosie, tutaj nasączyła sypkie piachy i zamieniała je w całkiem przejezdny grunt. Jedynie najwyższą górkę musieliśmy pokonać pchając rowery, ale łącznie nie było tego ani ćwierci w porównaniu z moim poprzednim przejazdem tej samej trasy. Znowu cud? Czy „tylko”  skutek obfitego deszczu, choć akurat właśnie wtedy, żeby nam dopomóc, i akurat właśnie tyle, ile potrzebowaliśmy… Dzięki, dzięki…

Przebywszy ostatecznie te piachy, dotarliśmy do asfaltu (nareszcie!), którym pomknęliśmy przez Wierzchocino i Żelazo do Smołdzina na obiad w zajeździe „U Bernackich”. Mogliśmy zjeść, odpocząć i wysuszyć rzeczy, bo słoneczko nieźle przygrzewało. Już prawie rozleniwiliśmy się, aż tu znowu wezwano nas na szlak, bo czekała nas jeszcze długa droga. Przejechaliśmy więc przez Smołdzino, nawet nie zatrzymując się przy kościele z 1632 r., najcenniejszym zabytku w okolicy. Objechaliśmy wokół „Rowokół” – ogromne wzgórze, mające aż 115 m wysokości, nazywane Świętą Górą Słowińców, u stóp którego wiedzie droga, którą dotarliśmy do miejscowości Gardna Wielka. Zaopatrzywszy się w tamtejszym sklepie, ruszyliśmy dalej przez Retowo nad brzeg Jeziora Gardno, do Słowińskiego Parku Narodowego. Krajobraz zmienił się: znaleźliśmy się na kompletnie płaskiej zielonej równinie. Po jednej stronie rozpościerała się tafla wielkiego jeziora, a po drugiej – niezmierzone łąki. I rowy. Stale te rowy – albo jechaliśmy wzdłuż nich po groblach, albo je przecinaliśmy, przejeżdżając po mostkach. Nasza trasa prowadziła przez zmeliorowane mokradła, po drogach, które utwardzono betonowymi płytami, bo wokół grunt był podmokły i grząski. Jadąc tymi drogami trzy tygodnie wcześniej napotkałem miejscami zdradliwe pułapki – głębokie bobrowe dziury, często zarośnięte trawą i przez to prawie niewidoczne. Więc tym bardziej się ich obawiałem, bo gdy zmęczony całodniową jazdą pielgrzymkowy peleton będzie przemierzał ten szlak, ktoś z nas mógłby nieszczęśliwie wpaść w taką dziurę. Jak to się stało, to nie wiem, ale nie napotkaliśmy żadnej dziury. Zostały widocznie od tamtej pory naprawione przez Park Narodowy. Jeszcze raz – dzięki Ci Panie!

Podczas przejazdu ostatnich ośmiu kilometrów po płytach betonowych, zrobiliśmy postój nad brzegiem Jeziora Gardno – w miejscu, gdzie usytuowano wieżę widokową. Warto było na nią wejść i podziwiać panoramę jeziora zamkniętą na horyzoncie stożkowatą sylwetką wzgórza Rowokół, u stóp którego przejeżdżaliśmy jeszcze nie tak dawno. Mogliśmy odetchnąć pięknem przyrody, którą objęto ochroną w Słowińskim Parku Narodowym. Miejsce to uzyskało również rangę międzynarodową, ponieważ jest jednocześnie Światowym Rezerwatem Biosfery. Przedwieczorna pora, chylące się ku zachodowi słońce, przestrzeń i spokój: jak dobrze, że pielgrzymowanie daje możliwość przeżycia również i takich chwil kontemplacji dzieła Bożego.

Gdy wreszcie skończyły się rowy – przed nami pojawiły się upragnione Rowy! Oznaczało to kres dzisiejszego etapu. Naszym miejscem przeznaczenia był przepiękny ośrodek Scala, który po przebyciu lasów, piachów i błot jawił się nam niemalże jak La Scala. Były tam piękne pokoje, lśniące i eleganckie. Kolacja, a potem, już po ciemku – wspólne wyjście na plażę. Tak zakończył się ten dzień – nad morzem, do którego dotarliśmy przebywszy najdłuższy i najtrudniejszy etap. To był ten dzień, kiedy najmocniej odczułem Bożą pomoc podczas rowerowego pielgrzymowania.

IV dzień (niedziela, 29.05.2016 r.), 46 km.

Niedziela, ostatni dzień naszej Pielgrzymki Pomorze. Powitał nas radosny słoneczny poranek. O 7:30 uczestniczyliśmy we Mszy św. w kaplicy ośrodka Scala. Po śniadaniu opuściliśmy Rowy. Zostało nam już niewiele jazdy do mety w Słupsku i zdaje się, że wielu pielgrzymów myślami było już w drodze powrotnej.

Pogoda była przepiękna, a nawet zaczął się upał. Zjechaliśmy z asfaltu i w stronę Ustki zmierzaliśmy tzw. szlakiem „zwiniętych torów”. Nazwa pochodzi stąd, że wiedzie on po dawnych nasypach kolejowych, z których zaraz po wojnie Armia Radziecka zabrała tory jako łup wojenny. Teraz prowadzi tamtędy międzynarodowy szlak rowerowy, znany nam już R-10, który tym razem wiedzie po równym i ubitym podłożu gruntowym. Niektóre odcinki szlaku prowadzą w wykopach, a inne – po nasypach, miejscami na tyle wysokich, że ma się wrażenie, jakby to było w górach.

Tak jadąc kolejowym szlakiem dotarliśmy do Orzechowa. Tam chętni mogli wspiąć się na wieżę widokowo-obserwacyjną o wysokości 48 m i podziwiać rozległą panoramę obejmująca nie tylko morze i okoliczne wybrzeże, ale nawet sięgającą po Słupsk. Orzechowo ma jeszcze niezwykle malowniczy klif, na którym wielu pielgrzymów robiło sobie wspólne pożegnalne zdjęcia, podczas gdy druga część Pielgrzymki, śpiesząc się na wcześniejszy pociąg do Warszawy, pognała szosą wprost do Słupska. Ci z nas, którzy pozostali, kontynuowali jazdę pod wodzą Andrzeja do samej Ustki. Tam jeszcze przeszliśmy się po nadmorskiej promenadzie. Podczas gdy grupa pielgrzymów rozeszła się na plażę i na lody, pilnowałem naszego „stada” rowerów na deptaku. Doświadczyłem wtedy żywego zainteresowania i życzliwych uwag od przechodniów, którzy widząc kamizelkę „Warszawska Pielgrzymka Rowerowa” podziwiali, że aż z Warszawy przyjechaliśmy rowerami. Gdy tłumaczyłem, że jedziemy „tylko” z Helu, to usłyszałem, że to i tak bardzo daleko, bo to trzeba by jechać ze trzy… godziny. Wtedy wyjaśniałem, że owszem – jedziemy trzy, ale… dni. Tak czy inaczej, przekazuję wyrazy sympatii i życzliwości, którą spontanicznie okazywali przechodnie, turyści i spacerowicze.

Kiedy nasz pielgrzymkowy Mojżesz zarządził ostateczny wyjazd, ruszyliśmy na końcówkę naszej Pielgrzymki i bocznymi drogami przez Wodnicę, Pęplino i Bruskowo dotarliśmy do dworca kolejowego w Słupsku. Tam czekał na nas pielgrzymkowy samochód. Nastąpiły podziękowania i pożegnania. Wszyscy krzątali się przy bagażach i pakowaniu rowerów. Czas było wracać.

Gdy już prawie wszyscy rozeszli się, to do pomocy przy ładowaniu na pakę ostatnich rowerów zgłosił się nasz najstarszy uczestnik – Adam. Delikatnie, ale stanowczo odmówiliśmy. Panował ogromny upał i oczywiście nie chcieliśmy go trudzić. Ale za jakiś czas pojawił się znowu, mówiąc: „Napijcie się, chłopcy!” Kochany Adam – choć wszystko w okolicy było już zamknięte (jak to w niedzielę po południu), to jednak znalazł jakiś otwarty sklep i przyniósł nam napoje, bo w tym skwarze byliśmy ogromnie spragnieni. Miłosiernie pomógł nam tak, jak tego najbardziej potrzebowaliśmy. Jeszcze raz dziękuję.

Zakończenie

Pielgrzymka Pomorze była dla mnie niezwykłym przeżyciem. Podczas drogi doświadczyłem wielokrotnie Bożej pomocy i ludzkiej życzliwości, za którą serdecznie dziękuję. Cieszę się, że mogłem dołączyć do wspólnoty rowerowego pielgrzymowania. Wielkie dzięki i pozdrowienia dla Wszystkich! Do zobaczenia na pątniczym szlaku!

Zbyszko